Translate

sobota, 8 września 2018

Brocken i wiszący most w górach Harzu

Pierwszy raz widziałem Brocken w 2016 roku z wysokości około 10 km, lecąc do Brukseli. Gdy robiłem zdjęcie siedząc sobie wygodnie w samolocie, nie wiedziałem jeszcze co tak naprawdę fotografuję, ale spodobał mi się widok i postanowiłem jak wrócę sprawdzić, co tez podczas lotu widziałem. Gdy lecę samolotem, staram się w miarę możliwości usiąść przy oknie, bowiem wtedy, co jest rzeczą oczywistą, można zobaczyć ciekawe rzeczy. Tak też było i tym razem.


 Na Brocken, który jest najwyższą górą Harzu wybrałem się z Żabką. Wstajemy o 4 rano, jemy śniadanie, zabieramy torby z prowiantem i wyruszamy. Do przejechania z domu mamy około 240 km. 
Harz to pasmo górskie w środkowych Niemczech.  Rozpościera się w trzech związkowych landach: Dolnej Saksonii, Saksonii Anhalt i Turyngii. W tej ostatniej za dużo tego Harzu nie ma, jednak skoro jesteśmy przy Turyngii warto zwrócić uwagę na flagę tego związkowego kraju. 
Na szczyt wiedzie wiele szlaków, więc trzeba się zdecydować którym będziemy iść. Wybieramy szlak Goethego. Zaczyna się w miejscowości Torfhaus i jest jednym z najczęściej wybieranym szlakiem na Brocken przez Niemców. We wspomnianej miejscowości jesteśmy około 8 rano. Jest tu parking, wjeżdżamy, płacimy przy wyjeździe (6 euro za cały dzień). Szlak zaczyna się w pobliżu. Trzeba zaznaczyć, że jest bardzo dobrze oznakowany i mapy ze sobą zabierać nie trzeba. 



Szczyt jest widoczny z miejscowości. Liczy sobie 1141,2 m n.p.m. 


Z początku jest miło, bo droga wiedzie w dół. 


Nazwa jest wzięta na pamiątkę marszu Johanna Wolfganga Goethego 10 grudnia 1777 roku. Góra musiała na nim zrobić wrażenie, skoro wspomina o niej w Fauście.


Szlak nie jest trudny. Widziałem po drodze nie tylko starsze osoby, ale i całe rodziny z dziećmi w każdym wieku. Zresztą nie tylko ludzi widywaliśmy. Przez jakiś czas miałem wrażenie, że dzisiaj to psy miały swój zlot na górze. Ludzie szli z jednym, dwoma, trzema a nawet czterema czworonogami. Nie, z pewnością musiało być dzisiaj jakieś psie święto na szczycie. Gdy mijaliśmy jakąś grupkę ludzi, to często wśród nich wędrowały i psiny. Niektórzy mieli specjalne pasy, do których pieski były przywiązane  na długich linach. A jaka zabawa była, gdy się mijały. Szczekały na siebie, zapewne wymieniając w ten sposób miłe pozdrowienia. Nie zdziwiłbym się, gdyby ich dzisiaj tam weszło tysiąc albo i pięć tysięcy. Żałuję, że nie zrobiłem takiemu mieszanemu stadu ludzie - psy zdjęcia.
Na szczyt można się dostać na wiele różnych sposobów. Można oczywiście na pieszo, rowerem lub innym środkiem lokomocji, na przykład segwayem. Piechotą z parkingu jest niecałe 9 km, różnica wzniesień do pokonania 390 m. Droga jest ubita i przeważnie dość szeroka. Na dalszym etapie także asfaltowa. Samochodem jednak wjeżdżać nie można, chyba, że ma się specjalne pozwolenie. Według legend na samej górze odbywały się spotkania czarownic z całych Niemiec. Akcentem nawiązującym do tych wydarzeń jest namalowany na drewnianych słupach symbol tych latających stworzeń na miotle. Podobny symbol widnieje na pieczątkach, jakie zebraliśmy podczas wędrowania.



 Zresztą na wiedźmy nie trzeba było długo czekać. Pojawiły się nagle i towarzyszyły nam przez całą marszrutę. 
 

Na szlaku jak i w wielu innych miejscach są budki w których sami możemy podstemplować kartkę. 



Jako, że takie stempelki z różnych stron świata zbieramy, kolejna z nich wędruje do specjalnej księgi. 



Co to tak się tam dymi w oddali? Pali się coś? 




Nic się nie pali, to właśnie parowóz sapie i pnie się na szczyt. Jak już wspomniałem, można się tam dostać kolejką wąskotorową. 


Powstała w 1899 roku. Sama "flota" lokomotyw składa się z 25 parowozów, poruszających się w górach Harzu po około 140 km torów. Ich szerokość to 1000mm, więc zalicza się do kolei wąskotorowych. Zauważyłem ciekawy układ podkładów.



Mimo, że bilet na wjazd kolejką na Brocken nie jest tani, za każdym razem widziałem pełne wagony pasażerów. Wjazd kosztuje dla dorosłego 28 euro, w obie strony 43, dla dziecka 6-14 lat odpowiednio 17/26 euro. Na szczyt można dojechać przez cały rok z wielu stacji np Weinigerode, Drei Annenhohne lub Schierke. W okresie letnim także z Nordhausen i Queblinburg, jednak trzeba się przesiadać i nie ma możliwości powrotu tego samego dnia. Zainteresowani, planując taka podróż  powinni się zorientować w internecie, bowiem rozkład może przecież ulec zmianie. 
Kolejka z dość sporym hałasem przejechała, zostawiła trochę dymu, zapach pary i dymu i tyle jej było widać.
Na Brocken wybrał się też biegacz skórzasty, drugi co do wielkości z europejskich biegaczy. 


Dla porównania położyłem obok komórkę. To naprawdę spory i piękny chrząszcz. Pewnie zadowolony nie był, gdy go zdjąłem ze szlaku. Zrobiłem to jednak dla jego dobra, bowiem pielgrzymki ludzi, jakie widziałem, gdy wracałem mogły go nie zauważyć i rozdeptać. 

Po 3 godzinach spaceru docieramy na szczyt. 


Widziany niedawno parowóz już tu jest. Właśnie maszynista coś tam dogląda. 


Maszyna wypucowana do granic możliwości. Stacja o dziwo liczy aż trzy perony! 

  


Na szczycie jest kilka knajpek, hotel, muzeum, informacja turystyczna. Stempel oczywiście też można zdobyć. Stąd rozpościera się rozległy widok. Podobno w bardzo dobrą pogodę można ujrzeć obiekty oddalone stąd o 200 km. Nie zawsze tak musi być, bowiem trafić na ładną pogodę na szczycie nie jest łatwo. Gdy jest mgła, można za to podczas wędrówki dostrzec zjawisko zwane widmem Brockenu. Gdy staniemy tak, by mieć słońce z tyłu a mgłę z drugiej strony to przy odpowiednich warunkach możemy dostrzec na mgle nasz cień, odpowiednio powiększony. By ujrzeć takie zjawisko wcale nie musimy wybierać się na Brocken. Również w polskich górach przy odrobinie szczęścia trafimy na podobne widmo. Na ten temat jest tyle informacji w necie, że się tutaj rozpisywać nie będę. Nam nie było dane tego zobaczyć, toteż po godzinnym pobycie na górze postanowiliśmy zacząć schodzić. Do Warszawy stąd 715 km gdyby kogoś to interesowało. 


Wraz z nami postanowili zjechać segway-owcy


Wracamy tą samą drogą, dopiero pod koniec szlak rozwidla się kierując się w stronę mokradeł i bagien. Dzisiaj po nich nie zostało wiele, bowiem kilkumiesięczne susze skutecznie te tereny osuszyły. 


Brocken został daleko daleko ... 


 Mamy dobry czas, jest dopiero po 14, więc nie wracamy jeszcze tylko kierujemy się na południe Harzu w okolice Wendefurth. Kilka kilometrów dalej zostawiamy samochód na parkingu (1 euro) a dalej około 1 km wędrujemy by zobaczyć do niedawna najdłuższy pod względem długości a obecnie drugi wiszący pieszy most świata.


Został niedawno zbudowany, liczy 458 m długości i przyznaję, przejście przez niego robi wrażenie. Kto ma lęk wysokości, może mieć problemy i najprawdopodobniej nie przejdzie. Widziałem na nim osoby, które ze strachu wyczyniały sceny nie do pozazdroszczenia tym z którymi oni tam byli. 


Proszę bardzo, nawet tutaj można pieczątkę było zdobyć. 






Komu było za mało wrażeń, mógł zjechać na linie i poczuć się jak sokół ...




Punktualnie o 17 wyruszamy do domu. Nogi miały nieco dosyć, warto było zabrać na tą wycieczkę wygodne buty. Jednym słowem w ciągu 12 godzin spędziliśmy naprawdę miło sobotę.

czwartek, 22 marca 2018

Sofia

Planując w marcu wycieczkę po Sofii spodziewaliśmy się tego, że taki wyjazd będzie miłą odskocznią od zimnej i szarej pogody jaka w tym czasie występuje w Berlinie i okolicach. Może nawet załapiemy się na piękne bułgarskie słońce - marzyliśmy. Piszę w liczbie mnogiej, bowiem lecimy w trójkę: Ja, Żabka i Lucy. Wprawdzie śniegu w Berlinie, z którego startowaliśmy nie było, ale ogólnie jak to w zimie, było szaro, smutno i trochę zimno. Wiosno,  będziemy cię szukać w Bułgarii ... 

Co robię w samolocie? Jak to co lecę!


Ja wylądowałem bezpiecznie, pilot linii Ryanair też, więc już po kilkunastu minutach mogliśmy rozkoszować się bułgarskim klimatem. Jednak jakże innym niż tym, którego zostawiliśmy w Berlinie. Wychodzimy z samolotu a tu jakby nam ktoś w pysk dał. Pogoda -  fakt był inna, ale jeszcze gorsza niż w Niemczech! Śnieżyca jakiej dawno nie widziałem i jak nam pierwszy napotkany Bułgar wypalił, ma tak być przez 4 dni, dokładnie tyle ile my tu zamierzamy przebywać. Mamy miny nietęgie.

 Metro w Sofii prezentuje się całkiem przyjemnie. 




Problem z metrem był taki, że jak następnego dnia kupiliśmy bilety w kasie i zamiast jechać, poszliśmy na miasto, to potem mogliśmy sobie te bilety wsadzić gdzieś. Okazało się, że nie są już ważne. By jechać metrem musimy znów kupić. Do jazdy nadawały się tylko jakiś czas po zakupie. Warto więc o tym w Sofii pamiętać. Bilety kupujemy przed jazdą! Na szczęście ceny są naprawdę na przyzwoitym poziomie. Podejrzewam, że nawet Szkoci by nie marudzili.

Wynajęte na czas pobytu mieszkanie nie było jeszcze gotowe, więc poszliśmy do jakiejś knajpy by posiedzieć i poczekać. Miałem ochotę na kawę.


- Kawę poproszę, największą jaką macie dodałem do rosłego chłopiska obsługującego bar. Nieco zmarzłem. Przecież nikt z nas nie przewidywał takiej zawieruchy. Ten mi pokazuje jakąś malutką filiżankę, niewiele większą od naparstka. 
- Poproszę większą, wielką, największą jaką tu macie. Normalnie piję kawę w filiżankach, ale tym razem miałem ochotę na wiadro kawy.
Odniosłem wrażenie, że facet nie mógł się nadziwić, czemu ja aż tyle kawy chcę się właśnie napić. W końcu podał kawę w kubeczku wielkości nieco większym od naszej pół szklanki, tak jak kulturalni ludzie powinni pić ten napój, dodając na koniec:
- Największa jaką tu mamy. 
Po godzinie siedzenia w harmidrze pubu idziemy po klucze do mieszkania. To tu będziemy przez 4 dni mieszkać. 



Na zewnątrz może to nie wygląda imponująco, ale wewnątrz jest całkiem miło a przede wszystkim tanio. Za trzy noce trzy osoby płacimy 75 euro. Za osobę wyszło więc około 8 euro dziennie. Już taniej być nie musi.
Oto nasz apartament od wewnątrz. 



 Dwa pokoje, kuchnia, łazienka, tv, wi-fi. Czego chcieć więcej? Widok z okna na kolana nie powalał, ale tym akurat nie przejęliśmy.



Wiele osób, które w Sofii były, opowiadały, że na pobieżne zapoznanie się z miastem wystarczy nawet jeden dzień. Część z nich nawet pytała mnie, po co jadę do stolicy Bułgarii, jak tam nic szczególnego nie ma. Co ja zrobię, że lubię jeździć również tam, gdzie nic szczególnego nie ma?

Po śniadaniu idziemy powałęsać się po mieście. Wychodzimy z chaty a na zewnątrz nadal najprawdziwsza zima, chociaż zdecydowanie lepiej niż wczoraj. Przynajmniej zamieci nie ma. 

Nad miastem góruje sylwetka świętej Zofii czy Sofii jak niektórzy nakazują pisać. Kiedyś przed laty stał tu pomnik Lenina. Podejrzewam, że co najmniej połowa społeczności bułgarskiej woli jednak ten obecny ...




Zaczynamy wędrówkę kierując się w stronę Placu Aleksandra Newskiego. Jako, że mieszkamy w centrum miasta, do przejścia mamy około 20 minut piechotą. Chyba każdy, kto jest pierwszy raz w tym mieście i chce je zobaczyć, zagląda w ten rejon, bowiem jest on wizytówką tego miasta. 
Sofia nie zawsze była Sofią. Około 2000 lat temu podbili ją Rzymianie i nazywała się Serdica. Po zburzeniu w 447 roku i jej odbudowaniu zmieniono jej nazwę na Triadica. Po roku 809 kiedy zdobył ją bułgarski władca Krum zyskuje nazwę Sredec a od 1879 otrzymuje dotychczasową nazwę - Sofię. Kto by pomyślał. Sofia jako nazwa istnieje dopiero od XIX wieku.
Oto jesteśmy na wspomnianym już Placu Aleksandra Newskiego. Sypie ciągle śnieg. Poniższe zdjęcia zostały zrobione dwa dni potem, kiedy pogoda się już uspokoiła. 





Tak wygląda wnętrze tej największej świątyni na półwyspie Bałkańskim. Może pomieścić około 5 000 osób. 





Wnętrze zachwyca wielkością i wystrojem. Z pewnością warto tu zajrzeć. Świątynia była budowana przez około 30 lat. Początek budowy 1880. Wyobraźmy sobie, że zaczynamy dziś coś podobnego budować i skończymy w 2048 roku. Jednak jak pomyślę, że Sagrada Familia w Barcelonie do tej pory nie została skończona to już przestaję się dziwić. Obok jest wejście do krypty w której zgromadzono dzieła sztuki prawosławnej. Przewodniki polecają zajrzeć, ja jednak wszedłem tylko po pieczątkę. Zostawiam sobie to miejsce na następny raz. Przecież nie jest to mam nadzieję mój pierwszy i ostatni raz w Sofii - pomyślałem.

Jedną z najstarszych budowli miasta jest rotunda Świętego Jerzego. Dookoła znakomicie kontrastują gmachy w stylu socrealistycznym. 


 
Znaną i godną polecenia budowlą Sofii jest cerkiew bojańska. Znajduje się jednak w zupełnie innej dzielnicy miasta. Potem oczywiście żałuję, że nie pojechaliśmy.

Oto co pozostało po mieście Sardica. Ciągną się te pozostałości przez sporą część centrum. Większość jest schowana pod dachem i w podziemnych przejściach.


Meczet Banja Baszi Dżamija


Teatr Narodowy


Robiąc te zdjęcie w ogóle tego pana nie zauważyłem ...


Cerkiew Sweta Nedelja 




 
Spodobały mi się, nie pierwszej młodości tramwaje w Sofii.





Stój teraz człowieku jak ci żołnierze na mrozie tyle czasu. Na zmianę warty jednak nie czekaliśmy. 






Wpadamy co jakiś czas do jakiegoś sklepu a to by coś zjeść albo cokolwiek na pamiątkę kupić, choćby i magnes. Ja zafundowałem sobie T-shirta.



O ile pamiętam, to jeden z tych kawałków powędrował do mojego żołądka. Nagle zgłodniałem i ratowałem się pizzą. 



Wysupłałem parę lew i ikona ze świętym Grzegorzem mocującym się ze smokiem powędrowała do plecaka. 




Po wielokilometrowym przemarszu przez miasto wracamy nieco zmęczeni do kwatery, w której mieszkamy. Tu ładujemy akumulatory, odpoczywamy, otwieram miejscowego browarka a wieczorem ponowny spacer. Tym razem na stację kolejową. 



Lucy zostaje w chacie, na ten spacer idę tylko z Żabką. Lądujący samolot na pobliskim lotnisku wygląda jak ufo. Po około 40 minutach dochodzimy do dworca Sofia Centralna. 


Dworzec mógłby być osobnym tematem na wpis. Jestem w stolicy jednego z europejskich miast a wydaje mi się jakbym zawitał do jednego z byłych miast wojewódzkich w Polsce. Sprawia wrażenie jakby akurat na chwilę był wyłączony z użyteczności i gdzieś przeniesiony.  Godzina 20 a spokój jak o 3 w nocy. 
Sprawdzamy o której jutro wyrusza pociąg do Płowdiwu i wracamy tą samą drogą. Jakie pierwsze wrażenia? Spokojne, ale sympatyczne miasto. W jednym ze sklepów zauważam coś, co u nas w Polsce kiedyś było a zostało już dawno zapomniane. Książka skarg i zażaleń a zapewne i pochwał czyli  
Kniga za pochwali i opłakwania

 
Cyferki na smartfonie pokazują, że zrobiłem ponad 25 000 kroków, na dzisiaj wystarczy ... Wracamy. Jutro Płowdiw.